Wycieczka krajoznawcza

Posted: 23 marca 2009 by VoiceOfCommonSense in
0


W sobotę wybraliśmy się w Samochodową Wycieczkę Krajoznawczą, celem której było dotarcie do stołecznego klubu 'Stodoła' i oddanie się muzycznej uczcie ze szwedzkim Opeth w roli dania głównego. Podróż minęła dość przyjemnie - nawet udało nam się parę razy słońce zobaczyć, co przy obecnych warunkach pogodowych należy uznać za nie lada wyczyn, a ponadto wyżej wspomniane danie główne poprzedziliśmy aperitifem w postaci potężnych porcji strawy wszelakiej w przydrożnym zajeździe. Polichno Hotelem Górskim silne! Jak kiedyś pojedziecie do Stolycy, nie omieszkajcie wstąpić na filet z kurczaka z podwójną porcją frytek! :)

Do celu dotarliśmy o jakieś 3 godziny przed czasem (a to wszystko dzięki mojej Lepszej Połówce, która miała tego dnia zdecydowanie ciężką nogę :P ), tylko po to, aby okazało się, że chociaż znajdowaliśmy się w mazowieckiem, piździło jak w kieleckim :P Na szczęście dość szybko temu zaradziliśmy, znajdując pobliski pub 'Zielona gęś', w którym na pytanie: "Czy macie może herbatę" usłyszałem od barmana: "Herbatę mamy, ale czajnika nie ma". Hm. Nie wiem, czy to był żart, czy serio nie przedłużyli umowy z EuroRTV/AGD, ale jeśli to pierwsze, to najwidoczniej moje małomiasteczkowe poczucie humoru nie zaskoczyło.

Sam koncert - przedni. Mike i jego konferansjerka jak zawsze na najwyższym poziomie :) Po szczegóły zapraszam na Youtube.

Niestety nie udało nam się pozwiedzać stolicy, chyba że rzut okiem na rozświetloną iglicę PKiN można podciągnąć pod paragraf. Może następnym razem. Może jak zrobi się cieplej. Może przy następnym koncercie. Ale czajnik na wszelki wypadek spakuję do plecaka :P


PS: A tak z zupełnie innej beczki: zakochałem się w Walijczykach - holistycznie, całościowo, gromadnie i ślepo. No bo jak tu nie kochać kogoś, kto z nudy - bo innego powodu moje krótkowzroczne oczy nie dostrzegają - dokonuje czegoś takiego:

Sunday Bloody Sunday?

Posted: 15 marca 2009 by VoiceOfCommonSense in
0



Obudziłem się dzisiaj z potwornym bólem głowy. I pewnie szczególnie by mnie to nie zdziwiło, gdybym dzień wcześniej przyswoił nadmierną ilość napojów zbożowo-chmielowych, ale nic takiego nie miało miejsca. Dzięki temu miałem całkiem niezłą wymówkę, żeby sobie pospać do 12 z drobnymi, a następnie poleżeć i niczym się nie przejmować. Reszta dnia jakoś sama się potoczyła. Przede wszystkim udało mi się wypełnić założenie dnia dzisiejszego (vide obrazek), z czego jestem niezmiernie dumny :P

Mimo tego wciąż nie przepadam za niedzielą. Widmo nadciągającego z ogromną prędkością poniedziałku jakoś nie pozwala mi zapomnieć, że - szczególnie w ostatni dzień tygodnia - powinno się żyć chwilą i nie myśleć o tym, co nastąpi za paręnaście godzin. Przy okazji obijactwa okazało się jednak, że dzisiejszy dzień to Międzynarodowy Dzień Konsumenta, z czego również skorzystałem i konsumowałem ile wlezie :) Życie jest piękne :D

Idzie nowe

Posted: 10 marca 2009 by VoiceOfCommonSense in
5


Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, w lewym górnym rogu pojawił się obrazek z linkiem do strony zespołu, w którym mam niewątpliwą przyjemność grać na sześciostrunowej maszynie oblężniczej zwanej potocznie gitarą. Świat stoi przed nami otworem :] Wkrótce zaczniemy wypełniać sale koncertowe, ludzie będą tłumnie walić na nasze występy, błagać nas na kolanach o autograf, rzucać w nas stanikami i innymi co bardziej intymnymi częściami garderoby, a nasze płyty będą osiągać niebotyczne ceny na Allegro. Niestety "wkrótce" to pojęcie mocno względne i, dokonawszy pewnych dość wiarygodnych obliczeń, wyszło mi, iż moment ten nastąpi dokładnie 23 maja Anno Domini (czy Satani, jak tam kto woli :P ) 2074. Z globalnego punktu widzenia to nawet szybciej niż wkrótce, także wszystko zmierza we właściwym kierunku.

Tak czy inaczej, Noxiferis stał się faktem jak najbardziej dokonanym i - co ważniejsze - wciąż dokonującym coraz to nowszych tworów sonicznych. Powstaje coś z niczego,a jeśli jeszcze uda nam się wywołać w którymkolwiek z naszych słuchaczy choć cień emocji, to już w ogóle super. Idzie nowe. Beware! I - jak to jankesi mawiają - stay tuned! :)

Alice in Hell

Posted: 3 marca 2009 by VoiceOfCommonSense in
7


- Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami - rzekła Alicja.
- O, na to nie ma już rady - odparł Kot. - Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
- Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? - zapytała Alicja.
- Musisz mieć. Inaczej nie byłoby cię tutaj.


Choć niektórzy uważają, że przechodzę właśnie tak zwany infantylizm wtórny, lektura "Alicji w krainie czarów" sprawia mi ostatnio niezwykłą przyjemność. W latach szczenięcych dość często oglądałem z bratem slajdową wersję "Alicji", która z charakterystycznym buczeniem przetaczała się przez pokrętne bebechy rzutnika Ania. Naturalnie wtedy cieszyłem się jak dziecko - którym notabene byłem - z każdego zjedzonego przez dziewczynkę grzybka czy ciasteczka (nie wspominając już o efektach, jakie owe specyfiki wywoływały), z każdego zabawnego zdarzenia, pokroju pomylonej herbatki u Kapelusznika i równie pieprzniętego Zająca, a także z happy endu, którym Lewis Carroll raczył moją nieskażoną dziecięcą psychikę.

Dziś jakoś inaczej odbieram pewne rzeczy - gdyby Alicja nie nawtryniała się tajemniczych eliksirów i innych wątpliwego pochodzenia artykułów spożywczych, może wcale nie spotkałaby na swojej drodze znikających kotów czy dzieci magicznie przemieniających się w prosiaki? I wcale nie dałbym sobie głowy obciąć, że Zając i jego kompania była w tak radosnych nastrojach tylko dlatego, że w czajniczku na stole parzyła się gorąca herbata. Bliskość lasu, a w szczególności jego "dary", dają do myślenia, czyż nie? :)

Miewam i poważniejsze przemyślenia, choćby w postaci cytatu na początku posta. Mam dziwne wrażenie, że pewne instytucje powinny umieszczać powyższy fragment w swoim statucie :) A może sprawa sięga jeszcze głębiej? Może tak powinna wyglądać pierwsza rozmowa rodzica z dzieckiem, które nagle zdało sobie sprawę, że życie wcale nie jest tak wesołe jak animacje w "Troskliwych misiach"?

Coby nie smucić - Tim Burton zabrał się za kolejną ekranizację "Alicji". Film ma ujrzeć światło dzienne w 2010 roku. Mam nadzieję, że dożyję, bo - jak to zresztą często w jego przypadku bywa - można spodziewać się czegoś nadzwyczaj "porytego". Burton nie zrobił jeszcze normalnego filmu, a obsada tego wręcz powala: robala z grzyba zagra Alan Rickman (którego zresztą można było już oglądać w poprzednim obrazie Burtona, "Sweeney Todd"), królową - Helena Bonham Carter (prywatnie żona reżysera, także "Sweeney Todd"), a pieprzniętego Kapelusznika - Johnny Depp (a jakże!). Coś czuję, że na biletach na ów film będą drukować numer telefonu do najbliższego psychiatry :)