Nieprawdziwa historia
Posted: 23 września 2010 by VoiceOfCommonSense in
Tandetny, plastikowy budzik wciąż działał. Choć nadszarpnął go już nieco ząb czasu - który na co dzień wabił się Pulpet, a każdy dzień rozpoczynał od wpieprzania półtonowego worka suchej karmy i zasypywania w nim przedmiotów wydających jednostajne odgłosy - wskazówki wciąż niemiłosiernie pędziły ku kolejnym godzinom. Czasu na słodkie lenistwo tego dnia było zatem coraz mniej. M. wychodził z założenia, że, owszem, ciężka praca popłaca i przynosi profity w dalszej perspektywie czasu, ale przecież czas nie zając, więc lepiej skorzystać z dobrodziejstw, które obijactwo ma w stałej ofercie i to w trybie natychmiastowym.
M. właśnie zmieniał pozycję na kanapie z horyzontalnej na horyzontalną z uniesioną głową (w celu wizualnego zlokalizowania pilota, niedojedzonej paczki chipsów i pozostawionego "na czarną godzinę" kawałka batonika, który teraz, nie wiedzieć czemu, stracił na rzecz bliżej nieokreślonego stworzenia połowę swej niegdysiejszej objętości), kiedy rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka telefonu. Oceniwszy odległość i uznawszy, że tak właściwie odebranie rozmowy nie spowoduje nagłego spadku cholesterolu we krwi, M. chwycił słuchawkę i wcisnął zielony guzik. Wtedy jeszcze nie wiedział, że będzie tego żałować.
- Słucham? - mruknął zdawkowo.
- Jak tak możesz, idioto? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? - membrana głośniczka ledwo wytrzymała.
Głos ciotki Belindy z USA najwyraźniej osiągnął w tym roku wyższy poziom wtajemniczenia i nauczył się skutecznie i boleśnie dziurawić ludzkie narządy słuchu.
- Ooo, dzień dobry, ciociu! - Dawno tak dobrze nie wyszło mu udawanie radości. - Co u ciebie słychać?
- Durniu jeden! Problem w tym, że właśnie nic! Dzwonią do mnie znajomi, piszą i wypytują o ciebie, a ty sobie tak jakieś urlopy urządzasz!
- Nie jakieś urlopy, tylko... Mam zastój.
- Ja ci zaraz dam zastój! Już, brać się do pisania! Co ty myślisz, że blog sam się napisze? Ludzie muszą wiedzieć, co u ciebie!
- Ale ciociu...
- Żadnego "ale"...
"No co mi będzie jakaś stara baba rozkazywać?" - pomyślał. "I co z tego, że to rodzina?".
- Ale ciociu...
- ... bo nie dostaniesz w tym miesiącu paczki!
Uuuuuu, cios poniżej pasa. Ciotkowa paczka była przecież najważniejszym momentem każdego miesiąca. Gwoździem programu. Gwiazdą betlejemską. Jakże tu żyć bez amerykańskich czekoladek o smaku lekko zjełczałego masła podlanego arachidowym sosem? A co z żelkami z ulubionej cukierni, która wprawdzie (raczej nieprzypadkowo) sąsiaduje z fabryką wysokiej jakości opon, ale za to do każdej paczki dodaje gratisowego lizaka w kształcie stanu Alaska? Trzeba było podjąć męską decyzję.
- No dobra, to już się zabieram do roboty.
- I żeby mi to na poziomie było! Bo jak nie, to...
- Tak, tak, wiem, nie dostanę paczki. Już się loguję... To pa pa, ciociu!
"Stara jędza" - pomyślał, a w pole "hasło" zaczął wpisywać V_O_I_C_E_O_F_C_O_M_M_O...
+_+_+_+_+
Ekhm, no to już wiecie jak z tą przerwą było :P
