Highway To Hell

Posted: 8 lipca 2010 by VoiceOfCommonSense in
3

Najpierw film:



Tak właśnie mniej więcej wyglądały nasze (tj. moje i Lepszej Połówki) zmagania z samochodem marki volkswagen golf w ciągu minionego miesiąca.

Zaczęło się od awarii chłodnicy, która w pewnym momencie odmówiła posłuszeństwa i niczym Indianin z klasycznych westernów dała nam znać o swojej niedyspozycji za pomocą słupa dymu.

Problem dość szybko (ale naturalnie nie bezpłatnie) został usunięty, pozostawiając na naszej psychice wyraźną szramę, a w bagażniku kilkanaście zużytych pojemników po płynie chłodniczym.

Na drugi ogień poszła skrzynia biegów, która całkowicie zrezygnowała z obsługi pierwszego biegu, dając nam w zamian alternatywny sposób wbijania wstecznego. Jeżdżenie na podwójnym wstecznym i pozostałych 4 biegach przerwał na szczęście nasz wrodzony (anty)talent techniczny i bez konieczności wizyty u mechanika golf odzyskał utęsknioną jedynkę. Parę lat temu przepowiedziałem, że dzięki niemu zdobędziemy nowy zawód i otworzymy własny warsztat - nie spodziewałem się jednak, że edukacja w dziedzinie naprawy pojazdów mechanicznych nastąpi tak szybko.

Bardziej gwałtowny przebieg miała niestety kolejna - i najbardziej kosztowna - usterka, o czym przekonał się nasz kolega. Czekał na nas w umówionym miejscu, a kiedy podjechaliśmy, spod golfa wytoczył się nasz tłumik i upadł mu dosłownie do stóp. Jeśli jeszcze nie doświadczyliście podobnej sceny, to polecam - widok własnego wydechu, toczącego się w lusterku wstecznym po jezdni - bezcenny! Samochód wylądował od razu drugiego dnia u mechanika, który już kolejnego dnia raczył mnie poinformować, że golf jest do odbioru i całość robót kosztowała... tu zemdlałem.

Przemiły pan mechanik, który na moją prośbę przyjrzał się również akumulatorowi, stwierdził przy okazji, że coś jest nie tak z ładowaniem, więc trzeba było się tym zająć jak najprędzej. Golf (do którego już w tym momencie odnosiłem się jedynie w grzecznościowych formułach typu "kupa złomu") wylądował więc u elektryka samochodowego i za symboliczne 150 PLN wymieniono w nim całą kupę drobnych części. Nazw nie pomnę, ale problem zniknął.

W naszej naiwności sądziliśmy, że już nic więcej się nie może zepsuć. Błąd. Tego samego dnia pojechaliśmy na wyważanie kół, gdzie dowiedzieliśmy się, że mamy pękniętą tylną oponę, którą trzeba natychmiast wymienić. Nie było wyjścia. Komplet tylnych opon pozbawił nas możliwości skorzystania z pełnego wyżywienia na ewentualnych tygodniowych wczasach :P

I kiedy już wydawało się, że naprawdę wymieniliśmy wszystko co się dało, wczoraj wieczór padły nam światła mijania. Na szczęście okazało się, że to tylko włącznik, który już dzisiaj wymieniłem na nowy, wyrywając poprzedni w asyście słownictwa uważanego ogólnie za obraźliwe.

I niech mi ktoś powie, że samochód to wolność, wygoda, więcej wolnego czasu itd. :P

I jeszcze na zakończenie film:



Taaaaaaa...